Samarkande – Return to Samarkande

Samarkande

Samarkanda – podróż w nieznane

Return to Samarkande

Powrót do Samarkandy

Samarkanda to coś, do czego w zasadzie się nie dociera. To dopiero ironia… Przez wieki Europejczycy słyszeli o tym mieście z drugiej ręki: od kupców, podróżników i poetów. Samarkandę budowali bardziej w swojej wyobraźni niż w rzeczywistości. Kiedy w końcu do niej przybyli, okazało się, że jest piękna, ale też… zwyczajna. Kamień, pył i ludzie jak wszędzie. Mają te same problemy, żyją z dnia na dzień, kochają, nienawidzą, śmieją się i płaczą.

Cel został osiągnięty, ale czy jest nam z tego powodu choć trochę lżej? A może właśnie nie chodzi o to, by znaleźć sens, lecz by pozwolić sobie na niewiedzę. Wiele osób żyje w strachu przed pustką, która czeka za pytaniem. Ale ta pustka może być także wolnością. Miejscem, w którym nie ma jeszcze odpowiedzi, dźwięk może brzmieć inaczej, niż go słyszymy, może delikatniej, a kolor może być zupełnie inny niż w rzeczywistości, może nawet bardziej pastelowy. I może właśnie dzięki temu jest nam lżej. Nie musimy nazywać czegoś, co nie zostało jeszcze nazwane. Możemy brać wszystko takim, jakim widzimy i czujemy to w danej chwili, bez względu na przyszłość oraz konsekwencje, które przyjdzie nam kiedyś ponieść.

Najważniejsza jest podróż

Samarkanda to nie piękna pocztówka z Orientu. W moim ujęciu kierunek jest o wiele ciekawszy, bo nie bawi nas triumfalny wjazd do pięknego miasta, lecz droga, którą przebyliśmy, aby dotrzeć do jego bram. Najlepszą zabawą jest poszukiwanie dla samego poszukiwania! Dotknięcie celu zabija całą przestrzeń wolności, którą dawała nam droga, i odbiera radość oczekiwania na odkrycie czegoś, co właściwie wcale nie musi zostać odkryte.

Trochę to pogmatwane, ale gdyby tak zastanowić się głębiej, chyba miałoby to nawet sens.

Opracowując koncepcję tego albumu, oczywiście jak zwykle przeceniłem swoje możliwości i nie wiedziałem, na co się porywam. Właściwie to nawet bardzo dobrze, bo naprawdę najwięcej radości miałem z samego tworzenia. Owszem, dopadały mnie momenty zwątpienia, ale kto ich nie ma? Ważne, aby nie dać się zapędzić w kąt przez czarne myśli, cieszyć się chwilą obcowania z muzyką i mieć codzienną dawkę wytchnienia od szarej rzeczywistości. Dotarcie do kresu tej podróży, czyli do ostatniego tracku, zakończyło pewien etap. Świat wokół mnie powrócił na swoje właściwe, choć niekoniecznie proste tory. Zrobiło mi się nawet szkoda, że to już koniec. Do tego stopnia, że postanowiłem stworzyć jeszcze jeden utwór jako postscriptum do całości. Za jakiś czas go tutaj opublikuję. Na razie sam cieszę się jego istnieniem i tym, że pozwolił mi jeszcze raz wyruszyć, choćby na krótki spacer w nieznane.

Ważka
Ważka kąpiąca się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Poleski Park Narodowy,
10.09.2022, 18:15 | 1/125 s, f/4, ISO 200, 50 mm

Wracając do ósmego utworu… Zaczyna się jak każda podróż. Najpierw jest tajemnica, trochę ekscytacji i przygotowań. Narracja muzyczna rozwija się dość leniwie. Czujemy podświadomie, że wkrótce wydarzy się COŚ ważnego i nieprzewidzianego. To samo COŚ sprawia, że lubię takie „dzwonkowate” instrumenty i często do nich powracam w swoich aranżacjach. Kojarzą mi się z czystością, radością i srebrnym kolorem, który lubię o wiele bardziej niż złoty. Może dlatego, że srebro wydaje się delikatne i chłodne, a nie ciężkie, masywne i gorące. W tej części, mimo pozornego „zastoju” na pierwszym planie, dużo dzieje się w tle, mocno podbudowanym basowym fundamentem.

Po pierwszej ekscytacji podróżą przychodzi jednak chwila zadumy. Jak ta wyprawa się skończy? Czy dotrzemy bezpiecznie do celu? Często w takiej sytuacji siadamy na chwilę w spokoju i staramy się wyciszyć, zaczerpnąć oddechu oraz oczyścić myśli, aby dodać sobie siły i odzyskać wewnętrzny spokój przed wyjściem z domu. Dlaczego w tę zadumę wkradły mi się odgłosy przypominające delfiny? Tak ma być i nie odpowiem na to pytanie!

Chwila zadumy za nami i oto rozpoczynamy właściwą podróż. Atmosfera robi się ciężka, a aranżacja podkreśla to na swój sposób. Robi się gęsto od instrumentów i planów. Orkiestrowe sekcje przeplatają się z błękitnymi plamami padów, jest sporo basu i chwilami może zbyt ostrej góry, też srebrnej w kolorze. No i wszystko już robi się jasne. Tak właśnie wygląda długa podróż do mojej Samarkandy, czyli do celu, który nie jest najważniejszy. Wracam do niego, bo daje mi poczucie pewnej stałości. To taki uspokajający rytuał, powtarzany od lat, by nie dać się wciągnąć ciemności i nie pozwolić zwątpieniu opleść myśli i zacisnąć się wokół nich. Ale to nie cel jest ważny. Ważne jest, jak do niego dotrzemy.

Każdy ma taką Samarkandę, na jaką zasłużył.

Inne wpisy dotyczące utworów z tego albumu znajdują się pod linkami:
Desert Winds
Threshold of Silence
Veil of Illusions
Revelation
Shadows of Darkness
Oasis of Tranquility
Unveiled Horizon
Ana

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *