
Samarkanda – podróż w nieznane
Unveiled Horizon
Odsłonięty horyzont
Jak odsłonić to, co zakryte i znaleźć drogę tam, gdzie jej nie ma? No i jak znaleźć azymut w otaczającym nas chaosie, gdy nasze ślady szybko znikają, a przed nami wisi gęsta mgła? Często zadajemy sobie właśnie takie pytania, może nie dosłownie, lecz podświadomie. Ta myśl budzi się razem z nami każdego ranka, zanim świt wyostrzy zmysły i wleje w nas nowe życie. Później płyniemy z nurtem dnia, mając na głowie milion codziennych spraw, aż docieramy do przystani nocy. Wtedy powraca: jeszcze silniejsza, głośniejsza i nieustępliwa, zanim dzień ostatecznie zgaśnie.
Tak sobie pomyślałem, że sekstans symbolizuje ludzki rozum, intuicję, doświadczenie i wartości. Aby ustalić, gdzie jesteśmy tu i teraz oraz dokąd mamy dalej iść, musimy przyłożyć oko do wizjera i zmierzyć kąt między własnym, przyziemnym horyzontem a czymś od nas wyższym, stałym i niezmiennym. W skali pojedynczego człowieka „odsłonięty horyzont” jest dla mnie momentem przełomu, dojrzałości albo nagłego zrozumienia. To chwila, w której opadają codzienne złudzenia i widzimy przed sobą czystą, otwartą przyszłość.
Tworząc ten utwór, miałem na myśli jeszcze coś więcej. Przez tysiąclecia horyzont był barierą strachu i dopiero precyzyjne instrumenty pozwoliły przekuć lęk przed nieznanym w mapy, szlaki handlowe i spotkania cywilizacji. Gdy strach został zastąpiony wiedzą, okazało się, że rubież nieba, to najpiękniejsza metafora nieskończoności dostępna dla ludzkiego oka: linia, która istnieje naprawdę, wyznacza granicę widzenia, ale cofa się z każdym naszym krokiem. Odsłonięcie horyzontu nie oznacza końca podróży, tylko uświadomienie sobie, że droga po prostu nie ma kresu. Sekstans w tym ujęciu nie służy do „dotarcia do końca nieskończoności”, ale do nadania sensu samej wędrówce. Przekłada abstrakcyjną wieczność na konkretny, pojedynczy krok we właściwą stronę.
A Samarkanda?
Samarkanda to nie tylko jedwab i karawany, ale też jedno z najważniejszych miejsc w historii obserwacji nieba. Tak, jak już kiedyś wspomniałem, to tutaj w XV wieku Uług Beg zbudował swoje monumentalne obserwatorium i gigantyczny sekstans wykuty w skale, by stworzyć najdokładniejsze wówczas mapy gwiazd. W skali historii świata to opowieść o ludzkiej odwadze i przekraczaniu granic. Dowód na to, że choć jesteśmy tylko pyłem, potrafimy zrozumieć geometrię kosmosu chociaż na tyle, by dzięki niej bezpiecznie wrócić do domu.
***
Gdy zaczynałem pracę nad siódmym utworem, nie znałem drogi. Tym razem nie obudziłem się rano z gotową melodią w głowie, więc postanowiłem dać się ponieść wiatrowi z Samarkandy prosto w nieznane. Wstęp zupełnie nie zapowiada tego, co wydarzy się dalej – jest ciemny, surowy i mocno osadzony w dolnych rejestrach. Dużo tu sonicznego tła, odrobina chaosu i wyraźny brak jednoznacznego pierwszego planu. Dźwiękowe plamy przenikają się, budując gęstą, nieco przygnębiającą atmosferę. Kompozycja rozwija się niespiesznie, w hipnotycznym tempie, aż wraz z upływem minut zaczyna się przez nią przebijać powolna melodia (tak lekko na wyrost w Vangelisowym stylu).
Ta pierwsza część bardzo mocno kojarzy mi się z książką Remigiusza Mroza Chór zapomnianych głosów, ma ten sam syntetyczny niepokój, zawieszenie w próżni, paradoksy czasowe i dojmującą niepewność. Zarówno tę powieść, jak i jej kontynuację, Echo z otchłani, połyka się jednym tchem, choć nierzadko trzeba cofnąć się o kilkadziesiąt stron, by ogarnąć, co właściwie się wydarzyło. Nie czytaliście? Przeczytajcie koniecznie!
Po tej niepewności następuje lekkie spowolnienie. To krótka chwila namysłu i głębszy oddech przed skokiem na głęboką wodę. Wtedy przyszło do mnie olśnienie… Przecież to nie może skończyć się w ten sposób!

Plan był prosty: spokojna noc pod gwiazdami. Wszechświat miał jednak zupełnie inne plany co do palety barw.
Znalazłem w końcu punkt odniesienia i nastąpiła ∩ſOᴚ┴S∀N ∀N∀IWZ ∀N┴Ǝ˥ԀWOʞ (czyli dokładnie tak, jak lubię najbardziej).
Wjeżdża ostry, sekwencyjny rytm, przestrzenne tło i linia melodyczna zagrana na moim ulubionym instrumencie: cyfrowej emulacji Yamahy DX7. Mam do niej ogromny szacunek podszyty jeszcze większym sentymentem. Pierwszy raz usłyszałem ją w latach 80-tych „u konkurencji” na pewnym przeglądzie zespołów młodzieżowych i to brzmienie zostało w mojej głowie do dziś. Krystaliczne, szkliste, metaliczne, chirurgicznie punktowe, oparte na syntezie FM z sześcioma operatorami, a nie na klasycznym analogowym torze z filtrami dolnoprzepustowymi. DX7 był jednym z najlepiej sprzedających się syntezatorów w dziejach. Niestety w tamtym czasie pozostawał całkowicie poza moim zasięgiem.
Mimo sekwencyjnego, rytmicznego dołu, w tej części aranżacji dzieje się naprawdę sporo. Mam też nieodparte wrażenie, że mocno namieszali mi tu w głowie mistrzowie studyjnego rzemiosła z The Alan Parsons Project. Oczywiście ich poziom to dla mnie stratosfera, ale od razu robi się cieplej na sercu, gdy Alan Parsons i Eric Woolfson stają przed oczami podczas odsłuchu własnego miksu.
Tutaj mały smaczek: Alan Parsons był głównym realizatorem dźwięku przy kultowym The Dark Side of the Moon Pink Floydów. Jego pionierskie zabawy z panoramą, pętlami taśmowymi i nasyceniem efektów współtworzyły brzmienie tego krążka, a potem odcisnęły wyraźne piętno na jego autorskiej dyskografii. Na przestrzeni lat wprowadzał liczne innowacje: od łączenia syntezatorów z pełną orkiestrą symfoniczną, przez propagowanie rejestracji cyfrowej, aż po precyzyjny dobór muzyków sesyjnych do konkretnych partii. Jego produkcje do dziś uchodzą za wzorzec dynamiki i przestrzeni, a akustycy wykorzystują je do strojenia torów odsłuchowych w studiach na całym świecie.
Uff, zrobiło się bardzo technicznie!
W każdym razie, po ponad siedmiu minutach tej dźwiękowej podróży docieramy do finału. Mamy tu klamrę kompozycyjną nawiązującą do wstępu, ale w znacznie jaśniejszych barwach. Rozległe plamy dźwiękowe, błękitne pady i delikatne iskry wysokich częstotliwości w górze pasma.
Wszystko zostało powiedziane, a historia zatoczyła pełne koło.

Inne wpisy dotyczące utworów z tego albumu znajdują się pod linkami:
Desert Winds
Threshold of Silence
Veil of Illusions
Revelation
Shadows of Darkness
Oasis of Tranquility
Return to Samarakande
Ana

Awesome! I need to have this.
Nothing stands in the way – write to me.