
Ryp – skrzyp, czyli co w drzewie piszczy.
W tym roku wiatr lubi dawać o sobie znać. Ja z kolei od jakiegoś czasu niczego nie publikowałem, w związku z tym postanowiłem trochę nadrobić zaległości.
Zabawka do zadań specjalnych
W końcu nadarzyła się okazja, aby przetestować mój pojemnościowy mikrofon kontaktowy AKG C411 PP. Ta malutka (fizycznie) konstrukcja wyróżnia się jakością i szczegółowością rejestrowanego dźwięku. Mikrofon wymaga zasilania Phantom, waży zaledwie 18 g bez kabla (co sprawia, że nie tłumi drgań powierzchni, do której jest przyklejony specjalną masą plastyczną).
Ha, oczywiście dostępność tej masy w naszym pięknym kraju jest dość mocno ograniczona. Ale inwencja i chytrość człowieka nie znają granic, więc w tym przypadku nabyłem drogą kupna „zwykłą”, łatwo dostępną masę UHU Patafix 80 porcji. Myślę, że sprawdza się ona równie dobrze, co jej profesjonalny odpowiednik.
Taki mikrofon to w ogóle fajna rzecz z tego względu, że zbiera tylko drgania z podłoża, do którego jest przyklejony. Nie interesują go przelatujące samoloty, krzyczące dzieci, szczekające psy, kichające panie uprawiające jogging, panowie trąbiący klaksonami swoich samochodów, niewyżyta młodzież warcząca silnikami albo piszcząca oponami i inne psujące nagrania odgłosy otaczającego nas świata. Piękna sprawa…
Jego pasmo przenoszenia zawiera się w granicach od 10 Hz do 18 000 Hz. Całkiem niezłe to pasmo, bo łapie prawie cały zakres słyszany przez przeciętnego człowieka. Oczywiście nie bierzemy pod uwagę osób audiofilskich, bo te słyszą (a raczej wydaje im się, że słyszą) o wiele więcej w każdą stronę. Prawda jest taka, że w moim wieku dolna granica to 20 Hz, a górna to właśnie te 18 kHz.
Pozostałe dane techniczne są łatwo dostępne w internecie. Co ciekawe, mój egzemplarz został wyprodukowany na Węgrzech, a nie w krajach azjatyckich, co oznacza, że producent jednak nie posiłkował się wyłącznie Excelem na etapie projektowania urządzenia, a miał na uwadze powtarzalność i trzymanie parametrów przez poszczególne mikrofony.
Polowanie na ryp-skrzyp
No dobrze, co w takim razie poszło na pierwszy testowy ogień? Mój ukochany wiatr, a właściwie efekty jego działania, czyli skrzypienie uginającego się pod jego naporem drzewa.
Tego dnia (23.08.2026) nieźle wiało. Jechałem sobie rowerem przez las i nastawiałem uszy w poszukiwaniu ciekawych odgłosów. To był dość wysuszony brakiem opadów las liściasty, więc siłą rzeczy zróżnicowanie tła dźwiękowego było niewielkie. Owszem, większe podmuchy robiły niezły efekt, ale te mniejsze były raczej ciągłe i szum był raczej jednostajny. Parę razy nawet się zatrzymałem i wyciągnąłem sprzęt, aby posłuchać, jednak to nie było to, co chciałem usłyszeć w moich słuchawkach ATH-M50x. Zrezygnowany chciałem już wracać do domu, aż tu nagle… Jest! Ryp-skrzyp jak się patrzy. Po prostu bajka!
Przylepiłem mikrofon do pnia, unieruchomiłem przewód, aby nie przenosił mi drgań od wiatru, nałożyłem słuchawki i posłuchałem.
Ten dźwięk działa niesamowicie na wyobraźnię. Efekt jest, jakby to ująć… przejmujący. Taki trochę żałosny, a chwilami swojsko-ciepły, z tych w rodzaju: zaraz, zaraz – ja już to gdzieś słyszałem. Czy to te stare skrzypce, na których „skrzypiałem” u wujka, gdy miałem kilkanaście lat? Albo te stare drzwi od pokoju u mojej kochanej babci? Może trochę też wysuszona podłoga i nogi od rozklekotanego krzesła przy stole, na blacie którego stały pyszne kotlety mielone… A może wszystkiego po trochu. Zresztą, sami się zaraz przekonacie. Pewnie niektórzy usłyszą swoje znajome dźwięki, a inni tylko skrzypiące drzewo.

Czego nie słyszy ucho, a widzi wykres
I teraz najlepsze. Zobaczmy, co tak naprawdę słychać:

Na tym wykresie wyraźnie widać, że dźwięk ma mocną strukturę tonalną. Zdecydowana większość energii skupia się w przedziale od 200 Hz do ok. 400 Hz. Dźwięki te są odbierane jako przyjemne, głębokie i dające poczucie bliskości. To tzw. dolny środek i my, ludzie, jesteśmy na niego mocno wyczuleni, bo pokrywa się z fundamentem ludzkiego głosu.
Jednak nadmiar tego zakresu bywa dość męczący i po pewnym czasie odbieramy go jako taki trochę pudełkowaty. Najbardziej nasycone piki oscylują w okolicach 250–300 Hz.
Dla uzupełnienia wcześniejszego obrazu wybrałem jeszcze ten wykres widma:

Tutaj dopiero widać, z jak potężnym zjawiskiem fizycznym mamy do czynienia.
Gigantyczny dół (20 Hz – 100 Hz): Ta gruba, jasnopomarańczowa fala, która dominuje w lewej części wykresu, to czysty subbas. Mikrofon kontaktowy perfekcyjnie zdjął powolne, fizyczne wygięcia pnia. To pasmo w dolnych zakresach właściwie odczuwamy bardziej ciałem, niż słyszymy uszami.
Właściwe skrzypienie (200 Hz – 4 kHz): Widoczne niebieskie, poszarpane „górki” wybijające się wyżej (szczególnie seria wyraźnych pików między 1 kHz a 4 kHz). To są te zgrzyty i trzaski włókien celulozowych. Wyskakują sobie jak pchełki ponad bazowe dudnienie pnia.
Powyżej 4-5 kHz sygnał gwałtownie spada w przepaść. Kora i drewno działają jak bezlitosny, naturalny filtr dolnoprzepustowy.
Zadziwiające, jak dużo udało się wyczytać z tych obrazków. Fachowcy pewnie wyczytają jeszcze o wiele więcej.
Ja wiem jedno: to idealny materiał bazowy do kreowania mechanicznych, steampunkowych tekstur albo potężnego dźwięku naprężającego się drewnianego kadłuba okrętu. Przyda się z całą pewnością w moich audiodramach.
Na zakończenie załączam fragment materiału nagranego jednocześnie trzema mikrofonami. To, co na zewnątrz, uchwycone w stereo oraz to, co wewnątrz w mono. Teraz mamy pełny obraz zastanej przeze mnie sytuacji dźwiękowej.

