Samarkande – Threshold of Silence

Samarkande

Samarkanda – podróż w nieznane

Threshold of Silence

Próg ciszy

Próg ciszy… To w sumie już nie jest taka znowu podróż w nieznane. W tym utworze troszeczkę popłynąłem i te jarre’owskie syntezatory od razu rzucają się w ucho. Ale to był celowy zabieg. Chciałem po prostu nawiązać do dawnych, dobrych czasów.

Taki próg ciszy mamy za sobą właśnie teraz. Kiedyś muzyka była wszędzie. Świeża, odkrywcza, każdego dnia powstawało coś nowego. Z niecierpliwością czekaliśmy na nowości i kolejne albumy naszych idolów. Nowe style wyrastały jak grzyby po deszczu. Królowały przegrywane pokątnie kasety albo pirackie wydania sprzedawane wprost z łóżek polowych na targu…

Albo te legendarne punkty kopiowania płyt CD! Szło się ze swoją czystą kasetą, wybierało pozycję z grubego katalogu i – w wersji ekspres na następny dzień, a normalnie za dwa dni – z wypiekami na policzkach biegło się odebrać gotowy materiał. Co bogatsi już chwilę później słuchali nowości na przenośnym odtwarzaczu kasetowym, kupionym w Pewexie za równowartość całej wypłaty rodziców.

Ślady stóp. Samarkande - Threshold of Silence. Solivien.
Człowiek i pies | 04.07.2026, 19:24, Wyschnięte dno Wisły, Parchatka | 1/100 s, f/1.8, ISO 64, 23 mm

W głośnikach królowały: elektronika, metal, rock progresywny, trance, disco no i pop. Każdy styl miał kilkanaście odmian, a te odmiany miały swoje pododmiany. Ludzie nie gardzili też „szlachetnymi” gatunkami – jazzem i klasyką. Gdybym wtedy komuś powiedział, że za kilkadziesiąt lat ludzkość będzie słuchać muzyki w jakości MP3 na monofonicznym głośniczku Bluetooth, zestrojonym na jak najgłębszy, dudniący bas, płacąc właściwie za każde odtworzenie… cóż, uznano by mnie za wariata.

W sklepach RTV rządziły wtedy wieże, miniwieże i wielkie radiomagnetofony. Rynek rozwijał się w niesamowitym tempie. Dwa głośniki to było za mało – producenci prześcigali się w wymyślaniu najróżniejszych systemów uprzestrzenniania dźwięku. A potem wybuchła wojna głośności (której akurat nigdy nie popierałem). Głośność i kompresja rosły, rosły i rosły… aż pewnego dnia próg ciszy został przekroczony.

Teraz mamy cicho, trochę basowo, idealnie technicznie i – coraz częściej – sztucznie.

Ten utwór to wyraz mojej tęsknoty za tamtymi latami. Za pierwszymi płytami Jarre’a, Tangerine Dream, Vangelisa, a także… The Art Of Noise. Ci ostatni niby uważani są za przedstawicieli synth-popu (według mnie: synth – jak najbardziej, pop – zdecydowanie nie).

Taka ciekawostka:

za awangardowym The Art Of Noise stał producent muzyczny i multiinstrumentalista Trevor Horn. Ten sam człowiek był odpowiedzialny za brzmienie takich sław jak: Frankie Goes to Hollywood, Tina Turner, Propaganda (szkoda, że wydali tylko 2 płyty), Pet Shop Boys, Lisa Stansfield, Mike Oldfield, Genesis, Seal, Yes i wielu, wielu innych. Niezły dorobek. Można wręcz powiedzieć, że to taka jednoosobowa mafia muzyczna, która zagarnęła dla siebie pół ówczesnego rynku. Czego byś człowieku wtedy nie słuchał, kasa i tak leciała do Horna.

Zwinka
Zwinna zwinka, Sawin, zbiornik Niwa | 13.05.2023, 15:46 | 1/25 s, f/5.6, ISO 200, 55 mm
Wzrok łowcy, maskowanie godne komandosa i… całkowity brak chęci do jakiejkolwiek współpracy z obiektywem.
Właściwie, to ona mówi: I co się gapisz, baranie!

No i zrobiło się nostalgicznie…

W każdym razie tamte czasy już nie wrócą, bo próg ciszy został bezpowrotnie przekroczony.

A teraz już czas na utwór nr 2 z mojej płyty Samarkande:

Inne wpisy dotyczące utworów z tego albumu znajdują się pod linkami:
Desert Winds
Veil of Illusions
Revelation
Shadows of Darkness
Oasis of Tranquility
Unveiled Horizon
Return to Samarakande
Ana

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *