
Muzycznie – historycznie.
Pierwsza płyta nie miała tytułu, a utwory miały tylko numery. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będę tworzył na poważnie. Traktowałem to bardziej jako naukę, zabawę, może przelotny kaprys, a może po prostu chęć sprawdzenia siebie. Dlatego całość dostała mało wyszukaną nazwę O! (udowodniłem sobie coś). Można powiedzieć, że na pierwszej płycie każdy kolejny utwór był dojrzalszy, bardziej rozbudowany i… inny od poprzedniego. Taki muzyczny misz-masz. Targ różności, pop pomieszany z klasyką, może trochę filmową – sam nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Całość wyszła trochę naiwnie, bo naiwnie myślałem, że to jest proste. Także pyk – płyta powstała w DAW-ie i szybko została wyeksportowana do FLAC-ów. Ależ byłem zadowolony. Nóżka tupała, a na gębie banan. Jestę muzykię! Mimo wszystko dało mi to bardzo dużo i zrozumiałem, że chcę więcej i czegoś bardziej zaawansowanego. Najważniejsze jednak było to, że wiedziałem już, w jakim kierunku mam iść. Tutaj mała próbka moich pierwszych kroków kompozytorsko-twórczo-producenckich:
fragment utworu nr 11
Rytmicznie i melodycznie – tak jakoś swojsko, elektronicznie.
A w ostatnim utworze na tym albumie wmiksowałem po raz pierwszy w życiu swoje nagranie polowe. Ptaki śpiewające w lesie znajdującym się na północ od miasta Chełm. Nie, nie pochodzę z Chełma, po prostu pojechałem akurat tam nagrać ptaki (wtedy ZOOM-em H1n). I wyszło na tyle fajnie, że postanowiłem trzymać się tej konwencji w przyszłości.
Skoro tak, poszedłem za ciosem i zacząłem pracę nad drugą płytą. Tutaj już nie było tak łatwo. Raz, że Samplitude Pro X zażądał ode mnie nauki, a dwa, że poprzeczka poszła dużo wyżej. Ten album, jako bardziej rozbudowana kontynuacja pierwszego, dostał również mało wyszukaną nazwę I? (czyli: i co dalej z tego wyszło). A wyszło, jak wyszło. Pierwszy utwór powstał z rozpędu, bo zapomniałem, że jednak muszę się czegoś nauczyć. A dalej droga przez mękę. Co jakiś czas budziłem się rano z pomysłem, nuciłem go sobie w myślach i zapamiętywałem w swoich mocno i dość kapryśnie poskręcanych zwojach mózgowych. Po jakimś czasie zabierałem się do pracy i powstawały zarysy. A potem powoli tworzyłem. Cały ten proces, od pierwszego pomysłu do gotowej płyty, potrafi zająć spokojnie cały rok. Tutaj muszę podziękować mojej szanownej małżonce za anielską cierpliwość i merytoryczne oceny każdego nowo powstającego utworu.

W międzyczasie, tak jakoś przypadkiem, zauważyłem, że moje prace wychodzą coraz dłuższe. O ile na pierwszym albumie miały przepisowe 3, może 4 minuty, to tutaj dobijałem już do 15. Taki piętnastominutowy utwór to już jest kawał muzyki. Ale co ja mogę na to poradzić, że mam tyle do opowiedzenia w każdym utworze.
Już wiem!
Mój styl to długie, rozwleczone, padowe plamy dźwiękowe. Słuchając ich, widzę różne kolory – najczęściej różne odcienie błękitu. Lubię też nagłe i nieoczywiste zmiany nastrojów – to takie przeskoki pomiędzy kolorami muzycznej tęczy. Zaczynam lekko, potem ostro i rytmicznie, a na koniec odpoczywam, często nawiązując do początku.
Kręcą mnie mocne i wyraziste orkiestrowe perkusjonalia (kotły, taiko, różne blachy, trójkąty, dzwoneczki i młoteczki). One są z reguły wyraziście białe albo czarne. Po drodze mi też z różnokolorowymi, iskrzącymi leadami (oooo, to są głównie czerwienie, róże i fluorescencyjne zielenie). Takie ostre, kolorowe szpileczki powbijane w mięciutkie, biało-błękitne pady, jak w poduszeczki do igieł.
A sekcje orkiestrowe? Tak, to dopiero mój żywioł! Są brązowo-żółto-pomarańczowe, z dodatkiem złotego pyłu, srebrnych wiórów i perłowej mgiełki. To mieszanie kolorów jest bardzo ekscytujące i właściwie nigdy nie wiadomo, jak się to wszystko zmiesza i jaki nowy kolor z tego powstanie.

Czyli co? Vangelis? Nie! To raczej jego echo, odbite milion razy i poprzekręcane przez moje wypaczone pojęcie muzyki. Wymieszane ze słodkim budyniem innych zapadłych w mojej pamięci kamieni milowych muzyki elektronicznej. To tylko takie odległe, niemające wiele wspólnego z pierwowzorami przebłyski – bo jednak jakiś ślad zostaje.
W międzyczasie zrozumiałem też, jak duże wrażenie robią na mnie sekwencje. One natomiast wpadają w odcienie szarości. Oplatają, jak choinkowe łańcuchy, pozostałe kolorodźwięki. Tańczą z nimi i próbują się wmieszać, a nawet zdominować i rozkazywać pozostałym plamom dźwiękowym. Oczywiście one nie dają się szarości, walczą z nią i często wygrywają.
Tutaj mała próbka utworu nr 9 z płyty I?, zatytułowanego Wind Voices:
Prawda, że rytmicznie i sekwencyjnie? Tak jakoś trochę jak Tangerine Dream z początku lat 80. (Virgin Years)… ale jednak bardziej rozwlekle, z powietrzem i doprawione zupełnie innymi przyprawami.
A tu dla odmiany bardziej popowo i melodycznie – próbka utworu nr 6:
Tak leciutko i melodyjnie, z nutą wanilii i cukru pudru.
No a tu trochę kolejowo i wyjątkowo cały utwór nr 2:
Ten pociąg w tle został nagrany dawno temu przeze mnie (ZOOM-em H1n) na przejeździe kolejowym w Sadurkach.
No i ostatnia próbka mojej twórczości z tej płyty: utwór nr 5.
Ten kawałek mógłby z powodzeniem zaistnieć w jakimś niskobudżetowym filmie. Tutaj zostało wmiksowane nagranie leśnego strumienia z Lasów Janowskich (ZOOM H1n).
Podczas pracy nad utworami umieszczonymi na tym albumie dużo nerwów kosztowało mnie dogadywanie się z Samplitude Pro X8 od Magixa. Nie żeby program był zły – to prawdziwy wół roboczy z niesamowitym silnikiem audio, otrzymanym w spadku po firmie SEK’D (skrót od Studio für elektronische Klangerzeugung Dresden). Ma jednak swoje humory, jak dorastający nastolatek. Lubi się postawić, lubi żyć swoim życiem i potrafi doprowadzić do szewskiej pasji nagłymi zwiechami albo odmówieniem współpracy ze sterownikiem ASIO. Z biegiem czasu, w miarę aktualizacji, jednak dużo się poprawiło. Teraz jest pewnie jeszcze lepiej. Po przejęciu aplikacji przez nowego właściciela i włożeniu w niego ogromu pracy programistycznej z całą pewnością zyskała na jakości, stabilności i funkcjonalności. Będę zawsze dobrze wspominał Magixa, bo w przystępnych cenach oferował naprawdę wysokojakościowe oprogramowanie, pozwalające wejść od razu z wysokiego C w świat twórczości muzycznej.
Po zakończeniu pracy nad omawianymi albumami postanowiłem coś zmienić i moje oczy zwróciły się w kierunku Reapera. Może dźwięk w nim nie jest tak „mięsisty” i namacalny, ale program jest niesamowicie stabilny i konfigurowalny. Po okresie próbnym, bez mrugnięcia okiem, zapłaciłem za jego pełną wersję. Od tej chwili mogłem zająć się już tylko muzyką.
No i teraz nasuwa się pytanie: jak ja ogarniam obsługę tych wszystkich aplikacji? A mam taki gruby zeszyt, gdzie notuję sobie wszystkie spostrzeżenia dotyczące obsługi programów i wtyczek. Tak uczę się najlepiej – do wszystkiego dochodząc sam. Czasem muszę zapytać o coś internet, ale to są już konkretne pytania o różne, naprawdę zawiłe technicznie problemy.
O! i I? zostają dla mnie takimi pierwszymi, niezdarnymi krokami – ale to właśnie podczas pracy nad nimi nauczyłem się słuchać kolorów i zaufałem temu, co słyszę. To, co było dalej, to już inna i o wiele bardziej rozbudowana historia.

